|
|
| O apalicznych - zagadka 19-letniej śpiączki |
drukuj |
|
Jan Grzebski z Działdowa, którego w czerwcu wszystkie media pokazywały jako cudownie wybudzonego ze śpiączki, chorował na tzw. zespół zamknięcia. Taką diagnozę postawili lekarze ze szpitala w Bydgoszczy Grzebski stał się najsłynniejszym polskim pacjentem po tym, jak polskie media napisały, że dzięki staraniom rehabilitantów z miejscowego szpitala wybudził się z dziewiętnastoletniej śpiączki. Miał w nią zapaść po tym, jak uderzył go w głowę bort wagonu kolejowego. Przez te wszystkie lata Grzebski bezwładny leżał w domu, zajmowała się nim żona Gertruda: karmiła go, przewijała, myła. Grzebski był w stanie tylko wodzić oczami, czasem ruszał rękoma czy nogami, wydawał trudne do zrozumienia dźwięki, a przy lepszym dniu sylaby. Dopiero gdy został przyjęty na oddział rehabilitacji działdowskiego szpitala wiosną 2007 roku sam zaczął siadać, wstawać i z dnia na dzień mówił coraz wyraźniej. Opowiadał dziennikarzom, którzy z całego świata zaczęli przyjeżdżać do małej kawalerki Grzebskich, że nie może się nadziwić, jak przez 19 lat zmieniła się Polska, ale jednocześnie podkreślał, że pamięta wszystko, co przez te lata działo się wokół niego.
Miejscowi lekarze nie byli w stanie wytłumaczyć rodzinie Grzebskiego i dziennikarzom, na co mężczyzna chorował. Wojciech Pstrągowski, jego rehabilitant, mówił o śpiączce, Hanna Koźmińska, ordynator oddziału paliatywnego w Działdowie, na którym leżał Grzebski mówiła o stanie wegetatywnym, zaś Joanna Hensel, dyrektor ds. medycznych działdowskiego szpitala, po przejrzeniu szpitalnej dokumentacji medycznej stwierdziła, że Grzebski cierpiał na afazję i miał zaburzenia mowy.
Przed miesiącem Jan Grzebski dzięki staraniom lekarzy ze szpitala w Gołdapi, którzy próbowali go diagnozować, trafił do szpitala uniwersyteckiego w Bydgoszczy, do kliniki rehabilitacji, która jest najlepiej wyposażonym tego rodzaju oddziałem w kraju. - Dostaliśmy informację, że może mieć guza w płucach i w mózgu - mówi dr hab. Wojciech Hagner, kierownik kliniki rehabilitacji bydgoskiego szpitala uniwersyteckiego. - Badania wykluczyły guza w płucach. Guz w mózgu rzeczywiście jest. Ma około 5 cm, nie nosi cech nowotworu złośliwego, ale nie będziemy go operować. Wiązałoby się to z niepotrzebnym ryzykiem dla pacjenta.
Jego zdaniem to właśnie ten guz wywołał długi stan niemocy. - Zapadł w stan tzw. zamknięcia, tj. całkowitego wyłączenia się z życia - tłumaczy lekarz. - Nie jest to jednak tożsame ze śpiączką mózgową, bo w takim stanie chorzy nie żyją aż 19 lat.
Właśnie taką hipotezę o tzw. stanie zamknięcia już w czerwcu na łamach "Gazety" stawiał prof. Jan Talar, specjalista od śpiączek, który mówił, że chorzy w takim stanie mogą odbierać bodźce z otoczenia, ale nie są w stanie wykonywać żadnych ruchów.
Taki stan zamknięcia nazywany jest też śpiączką alfa.
Dlaczego Grzebski po 19 latach wyzdrowiał? Zdaniem Hagnera, guz w mózgu mógł przez te kilkanaście lat zmniejszyć się na tyle, że chory zaczął wracać do życia. - Trudno w tej kwestii mówić kategorycznie, ponieważ pacjent jest bardzo zaniedbany pod względem diagnostycznym - mówi Hagner. I dodaje, że w ciągu kilku lat lekarz pojawił się u Jana Grzebskiego zaledwie dwa razy. Pytany o to, czy Grzebski jest w takim razie w polskiej medycynie wyjątkowym przypadkiem, odpowiedział: - Wyjątkowe jest to, że po 19 latach leżenia ten pan zaczyna chodzić, bo bywa, że kłopoty z tym mają ludzie, którzy czasem zaledwie kilka miesięcy nosili gips na nodze - dodał.
We wtorek po południu Jan Grzebski został wypisany z bydgoskiego szpitala, ale ma do niego wrócić jesienią. - Będziemy tak z nim pracować, by na święta zaczął chodzić. To jego największe marzenie - mówi dr Wojciech Hagner. - To jest realne.
Źródło: Gazeta Wyborcza Olsztyn
|
|
|
|