| O apalicznych - refleksje córki śpiocha |
drukuj |
|
Jak choroba taty wpłynęła na moje życie? Choroba taty przewróciła życie całej naszej rodziny do góry nogami. Serce mojego taty przestało bić na 20 minut, a kiedy znowu zaczęło, nic już nie było takie jak dawniej.
W jedną noc nasze życie zostało całkowicie przewartościowane. Najpierw szok i przerażenie. Na szpitalnym łóżku leżało całkowicie bezwładne ciało, wydawać by się mogło, że nie było nic, co mogłoby dać nadzieje. A jednak było. Bicie jego serca, które mówiło, że On tam ciągle jest. Schowany bardzo głęboko. Był jak motyl zamknięty w skafandrze, zagubiony gdzieś we własnym ciele. Motyl, do którego trzeba dotrzeć. Nagle wszystko inne przestało się liczyć. I rozpoczęła się walka. Mijały tygodnie, potem miesiące. Życie toczyło się dalej. Życie innych. Nasze toczyło się wokół taty, jego choroby i jego spraw. W jednej chwili nie tylko straciliśmy męża i ojca, ale zostaliśmy sami z wieloma problemami.Opieka i walka o śpiocha to tylko jedna strona medalu. Ci, ktorzy zostają muszą dalej żyć. Tata prowadził wiele spraw, które trzeba było zakończyć lub poprowadzić dalej. Żeby miał do czego wrócić. Niedługo miną dwa lata śpiączki taty. Ból jest tak samo wielki, ale z czasem nie czeka się już na cudowne przebudzenie. Żyje się z dnia na dzień, ciągle ucząć sie z pokorą przyjmować kolejny dzień. W tych pierwszych tygodniach stawia się wszystko na jedną kartę. Ale z tygodni robią się miesiące, z miesięcy lata. Ciągły stres, tłumione emocje, strach i lęk przed jutrem, nerwowe reakcje na dźwięk telefonu czy sygnał karetki. A nasz organizm wszystko koduje i da znać w najmniej oczekiwanym momencie. Dlatego moja troska nie dotyczy już tylko taty, ale i mamy, bo to ona jest zawsze przy nim. To na nią tak czeka, do niej próbuje wrócić. A jej też czasem brak sił. A przecież jesteśmy potrzebni naszym śpiochom zdrowi i uśmiechnięci. Ale do takich wniosków trzeba dorosnąć. Kiedy walczy się o życie bliskiej osoby, wszystko inne przestaje się liczyć. Wtedy dobrze jest mieć przy sobie kogoś, kto zatroszczy się o nas, kiedy my troszczymy się o nasze śpioszki. Ciągle jest nadzieja. To ona budzi nas co rano, trzyma nas za rękę, kiedy sił brak. Nadzieja, że to nasze wspólne cierpienie ma sens. Ale jest coś jeszcze. Coś co sprawia, że chce się walczyć i dalej żyć: uśmiech mojego taty. Kiedy się uśmiecha to wszystko inne przestaje się liczyć... Uśmiech Motyla tak bardzo wymowny, bolesny i poruszający... Sprawia, że moja mama też się uśmiecha. Megi, córka pewnego cudownego Motyla. |
|